I'm the hole in your heart - I'm the stain in your bed - The phantom in your fingers

O końcach i początkach, w tej kolejności, i tym, co pomiędzy. O śmierci i tym co po. O życiu. Trochę też może o miłości, zdradzie i karze.
Z różnych perspektyw, bo wszystko zależy od tego, z czyjej na świat patrzeć.

4. Owca i szczur.

środa, 26.maja.2010, 18:06
Wrzesień przyszedł cicho i jakby niespodziewanie. Marek kilka tygodni spędził, przekopując się przez zawartość laptopa Sylwii, płacząc w poduszkę i wmawiając sobie, że nie słyszy drwiącego śmiechu swojej ukochanej, że nie widzi Madeleine, biegnącej do niego z rozwianym włosem przez tłum ludzi na rynku. Że nie ma żadnego pukania, dochodzącego z szafy, że rozdrażnienie to po prostu stres spowodowany dwoma morderstwami znajomych osób, zbliżającym się rokiem akademickim i ogólnie jego ciężkimi warunkami życia. Mimo to, do lustra w łazience, nowego i niepotrzebnie ozdobnego, starał się nie zbliżać, coraz częstsze deszczowe dni spędzał w domu a od spotkań ze znajomymi wymigiwał się pod byle pretekstem.
Irytował wszystkich dookoła, taki biedny, zagubiony i słaby psychicznie.

Pani inspektor Irena Zaporowska, przez kolegów z branży nazywana pieszczotliwie Żelazną Hermą, była osobą odrobinę niezrównoważoną. Wojująca feministka, która w swojej pracy tylko utwierdziła się w przekonaniu, że mężczyźni są najgorszym, co się mogło światu przydarzyć, pozbawiona na własne życzenie życia prywatnego, czepiająca się każdej, zwłaszcza niemożliwej do rozwiązania sprawy.
A teraz była w swoim żywiole. Dwie dziewczyny, zamordowane w odstępie dwóch tygodni, do tego związane z tym samym chłopakiem. Pokłócone z tym samym chłopakiem. Bo, że biedna, mała Francuzka zakończyła swój związek z Markiem kłótnią, tego Irena była pewna. I kiedy tylko biedactwo pojawiło się w Polsce zostało natychmiast uciszone.
Chłopak musiał mieć jakieś kompleksy. Albo niezdrową sytuację w rodzinie, jakieś patologie albo inne zboczenia. Albo wszystko to naraz. Tak naprawdę, Ireny nie obchodziło, co skłoniło chłopaka do tak drastycznych działań. Jej zależało, aby morderca dwóch niewinnych dziewcząt został ukarany za swoją zbrodnię.
Bo Irena była pewna, że to Marek zabił obie. Teraz musiała tylko znaleźć dowód. A ci cholerni przełożeni dają jej do pomocy jakiegoś żółtodzioba, chłopaka, który, kiedy ona zaczynała pracę, jeszcze nosił koszulę w zębach. Małego, sceptycznego szczurka, który popatrywał na nią z powątpiewaniem i myślał o niej jako o chorej psychicznie megierze.
- Szefowo, ale szefowa nie ma dowodów – odezwał się szczurek z drugiej strony jej biurka, z miną wyrażającą bezkresne nic. Przynajmniej szybko się uczył.
- To je znajdę – parsknęła Irena. Doprawdy, te dzisiejsze dzieciaki, zero kreatywności. Tylko ten wszechogarniający pesymizm. Już ona mu pokaże…

Szczurek brakiem profesjonalizmu wykazał się już na samym wstępie, kiedy zobaczył zdjęcia spod mieszkania numer siedem. Pozieleniał na twarzy, wymamrotał przeprosiny i uciekł do łazienki. Od załogi dostał dodatkowe punkty – zdążył dobiec do kibla. Żelazna Herma odjęła mu punkty za gwałtowną reakcję. Ona potrafiła zjeść drugie śniadanie na miejscu brutalnego morderstwa i wymagała tego samego od swoich podwładnych. Szczurkowi początek kariery się nie udał.
A później dalej tylko sobie grabił. Znał się na papierach, formularzach, zawiadomieniach i takich tam, czym Herma głęboko pogardzała, wychodząc z założenia, że najważniejsze to rozwiązać sprawę, a nie wypełnić co do tego odpowiedni druczek. Chłopak był też wybitnie metroseksualny, bardziej jeszcze niż Marek. Tam, gdzie główny podejrzany miał naturalnie bujną gęstwę brązowych włosów, szczurek szczycił się idealnie wypielęgnowanymi, starannie przyciętą jasną czuprynką, o ile Marek nie bardzo się przejmował goleniem, często rano po prostu machając ręką na maszynkę, szczurek miał zawsze idealnie gładką twarz. Herma złośliwie zastanowiła się kiedyś, czy szczurek goli sobie też klatkę piersiową, lecz natychmiast zdusiła tą myśl i wróciła do przekopywania się przez analizy psychologiczne obu ofiar i jedynego podejrzanego.
Kobieta nigdy by się do tego nie przyznała, ale podobali jej się… męscy mężczyźni. Ociekający testosteronem, dobrze umięśnieni i znający swoje miejsce, do tego najlepiej zarośnięci tu i ówdzie. Nie drobne cwaniaczki, szczupłe i wymuskane szczurki, patrzące tylko, jakby tutaj kogoś wykorzystać do własnych celów.
Herma z miejsca znielubiła swojego nowego asystenta.

- To była ta sama osoba. Ten chłopak, najprawdopodobniej – wymruczała pod nosem Irena, siedząc przy biurku w swoim gabinecie i przeglądając materiały z obu zabójstw.
- Nie pasuje – odparował natychmiast szczurek. – Po pierwsze, oba te zabójstwa są ze sobą kompletnie niezwiązane. Pierwsze to było zaplanowane działanie, morderstwo z premedytacją i do tego z jakimś przesłaniem, a drugie? Toż to było zwykłe zaszlachtowanie przypadkowej dziewczyny. – Chłopak zignorował ciężkie spojrzenie swojej przełożonej. – Poza tym, facet nie pasuje do portretu psychologicznego. Nie byłby zdolny zabić swojej własnej dziewczyny, a później odegrać kompletnej rozpaczy po jej śmierci.
- Znał obie, mój drogi – „r” zafurczało złowrogo na języku Hermy. – Więcej, spotykał się z obiema. Z pierwszą był świeżo po kłótni, z drugą rozstał się, żeby być z pierwszą.
- Nie wiedział, że Francuzka jest w kraju, została zamordowana kilka godzin po swoim przyjeździe i z nikim nie zdążyła się skontaktować. Poza tym, gdyby tamta ruda stała mu na przeszkodzie, a nie wiem, jak ona mogła mu przeszkadzać, przecież mógł z nią po prostu zerwać, ale dobra, uznajmy, że zamordował ją z zimną krwią, żeby być na powrót ze swoją byłą, to jaki sens jest w mordowaniu powodu poprzedniego zabójstwa?
Szczurek miał irytującą tendencję do słowotoków.
- A co, jeśli tamta dowiedziała się, że zamordował jej przyjaciółkę a swoją dziewczynę, żeby z nią być? Miała mu się rzucić na szyję i dziękować?
- I co, Francuzka postanowiła polecieć z mordą na policję, a on jej porezał gardło? Jaki człowiek, choć trochę myślący, by jej powiedział? Poza tym, powtarzam, nikt nie wiedział, że Madeleine przyjechała do Polski, nikt z jej znajomych w Polsce jej nie widział, a facet w momencie śmierci obu siedział jak ostatnia sierota w swoim pokoju. Co w pierwszym przypadku nawet szczególnie dziwne nie jest, bo był środek nocy.
- To był on. To na pewno był on – stwierdziła z niezachwianą pewnością Irena.
- Pani naprawdę nas nienawidzi, co? – Szczurek uśmiechnął się dziwacznie. Bardzo, ale to bardzo jej się nie podobał.
Żelazna Herma zignorowała to pytanie i kazała ściągnąć głównego podejrzanego na przesłuchanie.

Irena na Marku nie zrobiła dobrego wrażenia. Wysoka, duża kobieta o przystojnej twarzy i wrogości w szarych oczach, kompletnie innych od tych Sylwii. Uosobienie służbistości i feminizmu, pomyślał z niesmakiem chłopak, kiedy przyszedł na komisariat, zapominając na chwilę, że został wezwany kompletnie bez powodu. Marek nie gustował w takich kobietach, nie zamierzał więc być ani trochę pomocny lub miły. Pani inspektor najwyraźniej wcale się tego po nim nie spodziewała, bo od razu zaczęła z grubej rury, pytając czemu zabił dwie swoje dziewczyny i jeszcze się nie przyznał powodowany wyrzutami sumienia. Marka początkowo zatkało, odetkało na chwilę, wystarczająco długą aby zdążył zaczerpnąć powietrza na rozbudowaną i kwiecistą tyradę, dotyczącą proweniencji pani inspektor i zawodu jej matki, ale natychmiast z powrotem stracił głos, na szczęście czy nieszczęście. Wpatrywał się tylko w stojącą nad nim jak kat nad niewinną duszyczką kobietę wzrokiem zagubionej owieczki.
Żelazna Herma nie lubiła zwierzątek, szczurów, owieczek, baranków, wszystkich tak samo. Nie lubiła też, kiedy mężczyźni robili z siebie biedne, maltretowane sierotki. A w jej oczach dokładnie tego dopuszczał się chłopak, siedzący na prostym krześle w jej gabinecie, ubrany w podarte przy nogawkach jeansy i powyciągany sweter. Kompletny brak męskości i jakiejkolwiek odpowiedzialności za swoje czyny. W jego oczach widziała tylko żal do całego świata za niesprawiedliwe traktowanie i rozdrapywanie ran, które i tak niezbyt chciały się goić.
Cholerny delikatniś.
Do gabinetu wpadł szczurek z naręczem jakichś papierów, zapewne bardzo ważnych, choć Marek, student trzeciego roku ASP nie miał pewności. Nigdy nie nadawał się do pracy z druczkami. Spojrzenia asystenta padło na kupkę nieszczęścia na krzesełku i mężczyzna uśmiechnął się.
Markowi bardzo nie spodobał się ten uśmiech. Było w nim coś… złośliwego i odpychającego. Jakby cierpienie innych sprawiało asystentowi pani inspektor radość.

Pytali o wszystko. A raczej, pani inspektor pytała, szczurek milczał i tylko się przyglądał, czasem robił jakieś notatki, czasem przeglądał papiery, wyciągał zdjęcia, którymi Irena katowała Marka. Sama Herma nie miała pojęcia, co jej asystent bazgroli w swoim maleńkim notatniczku i, szczerze powiedziawszy, niewiele ją to obchodziło. Dla niej ważny był Marek i to, co mógłby powiedzieć. A aktualnie Marek milczał jak zaklęty, popatrując na nią spode łba i nie reagując na groźby i wykłady na temat utrudniania śledztwa. Bardziej, niż jakimkolwiek oskarżeniem martwił się zbliżającym się rokiem akademickim i swoim do niego nieprzygotowaniem. Przez całe wakacje ołówek miał w ręku może dwa razy, aparat trochę częściej, choć po śmierci Sylwii raczej przeglądał zdjęcia, niż je robił. Odkąd jego dziewczyna zmarła nie miał natchnienia, żadnych pomysłów, żaden widok nie sprawił, że chciałby go namalować. Marek wraz z Sylwią stracił serce do sztuki. Mierziły go wszystkie obrazy, nieważne, przez kogo namalowane, nie potrafił patrzeć na żadne rzeźby, wszystko to wywoływało w nim odrazę i sprzeciw. Bo co to ma być, przecież Sylwia nie żyje! Jak ktoś może nadal tworzyć, jak Marek może nadal oddychać? Jak może wziąć do ręki pędzel i namalować cokolwiek?
Jakim cudem świat nadal trwa? Czemu jeszcze się nie skończył, równocześnie z ostatnim uderzeniem serca Sylwii?
Marek w połowie drugiego przesłuchania tego dnia ponownie zapadł się w zszokowane odrętwienie, tak jak tuż po śmierci Sylwii, kiedy przestał rozumieć cokolwiek, a już zwłaszcza pytania tej blond hetery, co to wyglądała, jakby jej tylko stalowego stanika brakowało.

Trzy dni. Tyle zajęło Hermie przekonanie się, że nie, Marek rzeczywiście nic nie wie, uwielbiał obie dziewczyny, Sylwię chciał przeprosić za oskarżenie o zdradę, na kolanach, jeśli byłoby trzeba, a śmierć Madeleine była dla niego takim samym wstrząsem, jak widok Sylwii z wyrwanym sercem. Herma chodziła po komendzie wściekła i coraz bardziej poirytowana, Marek za każdym razem wychodził z budynku bardziej wymięty psychicznie i jakiś taki… zniszczony. Tylko szczurek zdawał się dobrze bawić i ciągle podjudzał, to jedno, to drugie, prowokując Hermę do wybuchów gniewu, Marka – płaczu. Kiedy w końcu późnym wieczorem trzeciego dnia pani inspektor pożegnała chłopaka ozięble, ale bez tradycyjnego już „widzimy się jutro”, Marek mógł tylko odetchnąć z ulgą. W oczach szczurka, brązowych, lodowato obojętnych, przez chwilę zamigotał żal.
Marek do domu wrócił wściekły, wykończony psychicznie i po ludzku wyczerpany fizycznie po trzech dniach latania z jednego końca miasta na drugi (ojciec nadal nie oddał mu samochodu) i kłótni z babą o głowę wyższą i dwa razy szerszą od niego. Od progu nawrzeszczał na Martę, matce kazał się wreszcie odczepić, bo on nie ma zamiaru spotykać się teraz z żadną ze słodkich córeczek, a ojcu trzasnął drzwiami w twarz. Szczęk klucza, przekręcanego w zamku brzmiał jak wystrzał w nagle cichym domu. Marek wyciągnął wreszcie zakurzone sztalugi z szafy i jedno z przygotowanych zawczasu płócien, i z determinacją w brązowych oczach zabrał się za malowanie portretu Sylwii, z lodem w oczach i tęczową ważką w rdzawobrązowych włosach.
Herma wparowała do swojego pustawego mieszkanka równie wściekła co Marek, choć ją złość raczej napędzała do dalszego działania. Rzuciła buty pod szafkę, garsonkę na kanapę, siadła do komputera, uśmiechając się jeszcze przelotnie do zdjęcia Sylwii, obciętego przy lewym brzegu i, obiecując, że udupi gnoja, siadła do komputera. Zaczęła znowu przeglądać pliki, zgromadzone podczas obu śledztw i, mimo, że znała je już na pamięć, nadal miała nadzieję na znalezienie nowego tropu.
Szczurek natomiast nie poszedł do domu. Z właściwym sobie spokojem skierował się do baru, upił się w sztok i zdołał nawet wyrwać śliczne bliźniaczki. Tę noc spędził w ich łóżku, w słodkiej plątaninie nóg, rąk i pościeli, jako jedyny z całej trójki śpiąc spokojnie dobrze ponad siedem godzin.



Nowe rozdziały w poniedziałki. Jeśli jest już wtorek, a nic nowego nie ma, należy krzyczeć, bić i kopać. Bo powinnam dodać w poniedziałek.

8 sierpnia 2010:
tekst w poprawkach. czekamy z Sylwią i Jaredem na Wena.

archiwum


Prolog
1. Początek końca
2. Deszcz
Epilog Madeleine
3. Sukienka
4. Owca i szczur

znajomi

czytam

czekam
Lorem Ipsum

szablon

Shablon.mylog.pl
NFS, DM