I'm the hole in your heart - I'm the stain in your bed - The phantom in your fingers

Nowe rozdziały w poniedziałki. Jeśli jest już wtorek, a nic nowego nie ma, należy krzyczeć, bić i kopać. Bo powinnam dodać w poniedziałek.

Powrót

Prolog.

piątek, 12.lutego.2010, 17:27
Tudzież epilog. W którym dowiadujemy się o końcu lub początku opowieści i w którym zaczynamy domyślać się, o czym opowieść będzie.

Wszystko zaczęło się pewnego pięknego sierpniowego poranka. Albo skończyło, zależy z czyjej perspektywy na to patrzeć.
Słońce właśnie wychylało się ponad dachy kamienic, rozlewało się złotem na rynnach, skapywało gęstymi jak miód kroplami na chodniki, jeszcze pogrążone w szarości przedświtu.
Chyba. Nie wiem, bo wtedy już nie żyłam.
Podobno to był piękny poranek. I ja, podobno, pięknie w tym poranku wyglądałam. Podobno znalazła mnie kobieta, wracająca z nocnego dyżuru w pobliskim szpitalu. Przynajmniej wiedziała co robić, choć wrzeszczała z początku wniebogłosy. Podobno. I tak nie pozostało jej nic innego, jak stwierdzenie postępującego rigor mortis i zadzwonienie na policję.
Ostatnie, co pamiętam, to tępy ból w tyle czaszki, paraliżujący strach i słowa matki, odbijające się w pozbawionym myśli umyśle – „z niego nic dobrego nie będzie”.
Tak, mamusiu, miałaś rację, ja się myliłam, a on okazał się psychopatą. Cóż, bywa, wszyscy popełniają błędy, a już zwłaszcza ponoć kobiety takie jak my.
Znaleziono mnie siódmego sierpnia, w drzwiach mojego własnego mieszkania, trupio bladą i po trupiemu piękną. Średniego wzrostu, szczupłe, zgrabne ciało, ubrane w lekką koszulę nocną (białą, cóż za ironia, zabić mnie w kolorze niewinności), z wiankiem z maków na ciemnordzawych włosach, ze śladami paznokci na bladych policzkach. Siedziałam tak, oparta plecami o drewniane drzwi, opatrzone mosiężną siódemką, z nogami śmiesznie ułożonymi w literę Y, z dłońmi opartymi na podłodze grzbietami do dołu, z martwą pustką w szarych oczach. Palce, smukłe, wypielęgnowane, były połamane w tylu miejscach, że lekarzom już się nie chciało liczyć. Stwierdzili tylko, że były zmiażdżone, jakby ktoś na nich stanął. Żeby tylko wiedzieli… Więc siedziałam tak, w kałuży własnej krwi, z włosami z tyłu głowy zlepionymi strupami, z pustką, ziejącą w miejscu serca. To był piękny poranek, żeby zostać znalezioną, z włosami rozświetlonymi słońcem, z różem świtu na policzkach. Zdjęcia w aktach mojej sprawy są naprawdę piękne, na swój makabryczny sposób.
Taka była moja kara za zdradę. Albo za niewinność, zależy z czyjej perspektywy na to patrzeć.
Godzinę zgonu określono na około pierwszej w nocy. Pamiętam drugą, pukanie do drzwi i przekleństwa, no bo kto normalny dobija się do drzwi o drugiej nad ranem? Nikt normalny, okazało się.
Pochowano mnie dwa dni później. Cicha, bezludna ceremonia, bo koledzy z roku porozjeżdżali się po domach na wakacje, a nad moim grobem, w dusznym upale chlipała tylko staruszka spod dwójki, która uwielbiała mnie jak własną wnuczkę. Więc, biorąc pod uwagę moje ubogie życie towarzyskie i okoliczności, w jakich rozstałam się z tym światem, nie miałam się czemu dziwić, że na pogrzebie nie można było spotkać tłumnie zebranych znajomych i rodziny. Opłakała mnie staruszka, z którą nie łączyło mnie nic poza adresem i zamiłowaniem do szarlotki i dobrych książek.
Dopiero po pogrzebie zaczął się cyrk. Policja podniosła rwetes, że oni nie wydawali zgody na pochówek, a jakże to tak, śledztwo w toku, mamy do czynienia z zabójstwem z premedytacją, a oni żądają ekshumacji. Na szczęście szczegółowy raport z sekcji zwłok zamknął im usta.
Przekopali moje mieszkanie i zostawili, taki burdel w moim wymuskanym sanktuarium. Przekopali się też przez moje akta. Przynajmniej tutaj zostawili względny porządek. Nic szczególnego nie znaleźli. Akt urodzenia, zaświadczenia ze szkół, świeżutki akt zgonu. Nic. W żadnych przekrętach nie brałam udziału, pracę miałam normalną i porządnie udokumentowaną, studia bez zarzutu, skończyłabym z wyróżnieniem, gdybym miała taką okazję, mieszkanie kupione zgodnie z prawem, ani razu, w moim dwudziestodwuletnim życiu nawet mnie kanar nie spisał. Nudne to życie miałam.
Sierota, matka umarła w psychiatryku, kiedy miałam siedemnaście lat, ojciec nieznany. Znaczy się, mama na pewno wiedziała, kim był, tylko się tą wiedzą nie raczyła podzielić. Niespecjalnie mi to przeszkadzało. Przesiedziałam w dwóch rodzinach zastępczych dopóki się ode mnie socjalni nie odczepili, kiedy skończyłam osiemnaście lat. Dostałam się na studia, znalazłam pracę i jakoś mi się żyło.
W mieszkaniu też niewiele ciekawych rzeczy. Notatki z zajęć, laptop zawalony niedokończonymi redakcjami, zdjęcia, szafa pełna ciuchów, niespecjalnie nawet wyzywających. Zdjęcia na biurku, noże w kuchni, lodówka pusta, bo miałam następnego dnia zrobić zakupy. Sąsiedzi niczego nie słyszeli, albo nie chcieli słyszeć. Na uczelni miałam opinię zdolnej, cichej, ale odrobinę postrzelonej. Nie przejawiałam tendencji psychopatycznych, nie prowokowałam ludzi, na dobrą sprawę nikt nie przyznał się, żeby mnie ze szczętem nienawidził, jakoś nie chciało im wyjść żadne zachowanie paranoiczne, obracałam się w grzecznym (jak na studentów) towarzystwie. Stwierdzona lekka neuroza, nic więcej.
Nic. Wielka pustka. Żadnych motywów, żadnych podejrzanych. Biedna pani inspektor musiała zamknąć sprawę z powodu braku jakichkolwiek dowodów, choć moje zdjęcie, to, na którym jestem roześmiana, objęta wpół przez mojego chłopaka, sobie zabrała.
Dobrze. Dwie, które chcą, żebym żyła. Tyle mi wystarczy.



4 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

legenda-wysniona legenda-wysniona piątek, 12.lutego.2010, 17:53
78.8.105.205

bardzo ciekawy poczatek-bardzo! prosze o info gdy bedzie pierwszyrozdzial;]

Konto usunięte piątek, 12.lutego.2010, 18:37
93.181.149.88

Wow. Nieźle. :) Dodaję! ;)
Świetnie piszesz. :)

louinette louinette piątek, 12.lutego.2010, 20:17
83.27.235.6

Przepraszam, ale muszę Cię dodać do znajomych, i śledzić na każdym kroku.
A będziesz mnie informować o nowych notkach?
pozdrawiam.

copper-vixen Copper Vixen niedziela, 14.lutego.2010, 14:03
77.114.194.220

Ah, dziękuję za komentarz. Postaram sie ładnie rozwinąć i slash kontynuować;D Co do bety- wiem, niestety, na razie barkuje chętnych na tą posadę, ale szukam.
Starałam się nie przesadzić z przekleństwami. Niektórym ich ilość pasowała, innym nie, ale to już pewnie zależy od upodobań. Staram się stylować trochę na Scotta Lyncha i jego "Kłamstwa Locke'a Lamorry", więc... :)
Co do Ireiego, mam z nim ogromny problem. Sama, wstyd przyzanć, ale lubię  Barry Tsu( męska wersja marry sue:)). Wiem jednak, że wiele osób jest przeciwko, więc nie zrobię go za bardzo 'cool' i 'super', żeby nie przedobrzyć;) No, ale sama jego nieśmiertelność już prosi o jakieś zobowiązania, nie? Muszę poznać więcej opinii na ten temat i się zdecydować.

Powiadmiać o nowym rozdziale?


Pozdrawiam, Blake,




O końcach i początkach, w tej kolejności, i tym, co pomiędzy. O śmierci i tym co po. O życiu. Trochę też może o miłości, zdradzie i karze.
Z różnych perspektyw, bo wszystko zależy od tego, z czyjej na świat patrzeć.

archiwum


Prolog
1. Początek końca
2. Deszcz
Epilog Madeleine
3. Sukienka
4. Owca i szczur

znajomi

czytam

czekam
Lorem Ipsum

szablon

Shablon.mylog.pl
NFS, DM