I'm the hole in your heart - I'm the stain in your bed - The phantom in your fingers

Nowe rozdziały w poniedziałki. Jeśli jest już wtorek, a nic nowego nie ma, należy krzyczeć, bić i kopać. Bo powinnam dodać w poniedziałek.

Powrót

1. Początek końca

poniedziałek, 15.lutego.2010, 19:58
Marek nie był człowiekiem przesądnym. Nigdy nie pluł przez lewe ramię, nie patrzył w piątki na kalendarz, nie przydeptywał zeszytów, jeśli spadły na podłogę a czarne koty zbierały od niego najwyżej kopniaki, jeśli wlazły mu w drogę. Jednak kiedy w tydzień po pogrzebie Sylwii łazienkowe lustro pękło mu w twarz, zatrzymał się, żeby pomyśleć. Został wręcz do pomyślenia zmuszony, bo wyjmowanie odłamka szkła z oka potrafi dać człowiekowi bodziec do przemyślenia tego i owego. I kiedy Marek tak siedział, z opaską na lewym oku, z opatrunkiem na prawym policzku, już w swoim własnym domu, z przykazaniem uważania na ciepłą wodę w zimne dni, zaczął myśleć. I wyszło mu, że odkąd Sylwia zniknęła pod ziemią w drewnianym pudle, ciągle coś szło mu nie tak.
Zaczęło się niewinnie. Kilka razy omal nie spadł ze schodów, poparzył się gorącą kawą, siostra zostawiła wrotki pod jego drzwiami. Później omal nie wpadł pod tramwaj, jakiś byczek uznał, że Marek podrywa jego dziewczynę, ojciec wściekł się za kolejną, dawno już przebrzmiałą niezdaną poprawkę i zabrał mu samochód. A teraz to lustro. Marek mógł być pewny, że to nie była nagła zmiana temperatury, na miłość boską, przecież była połowa sierpnia i panowały takie upały, że ludzie już dawno zapomnieli, jaki naprawdę kolor ma trawa. Po prostu, mył zęby przyglądając się tępo swojemu odbiciu i nagle zamiast młodej, ładnej twarzy okolonej burzą brązowych włosów widział kliny lustra, pozostałe w ramie, słyszał brzęk odłamków, uderzających o kafelki i krzyk. Dopiero kiedy ojciec wiózł go do szpitala, przytykając mu jedną dłonią ręcznik do twarzy a drugą trzymając kierownicę, Marek zorientował się, że to był jego krzyk, pełen bólu i zaskoczenia.
Marek zaczynał powoli wierzyć w przeczucia. A przeczucia miał paskudne, siedząc w wygodnym fotelu w salonie i udając przed siostrą, obłudnie troskliwą, że już nie boli.

Oczywiście, że go przesłuchali. Przesłuchali go, kiedy tylko wszedł do kamienicy Sylwii. Miał zamiar z nią porozmawiać, przeprosić za kłótnię dnia wczorajszego, za oskarżenie o zdradę, za policzek wymierzony tuż przed trzaśnięciem drzwiami. Okazało się, że się spóźnił. Policjant, wysoki i ponury, mocno wściekły zgarnął go na klatce schodowej. Jeszcze dwa stopnie i Marek zobaczyłby drzwi do mieszkanie Sylwii.
Przesłuchanie do najprzyjemniejszych doświadczeń w życiu Marka nie należało. Policjant był dość brutalny i oschły, a kiedy dowiedział się o kłótni, zrobił się jeszcze mniej przyjemny.
A biedny Marek robił głupią minę i nie rozumiał, o co chodzi. Chciał po prostu przeprosić swoją dziewczynę, a tu nagle łapie go jakiś facet i każe się przyznać. Do czego, tego Marek nie wiedział. Dopiero kiedy obok niego przeszła pozieleniała na twarzy kobieta, zasłaniająca sobie usta chusteczką, Marek zaczął działać.
Policjant sam nie był do końca pewny, skąd w tym szczupłym, wymuskanym faceciku znalazło się tyle siły, żeby odepchnąć mężczyznę wyższego od siebie o głowę, przebiec pomiędzy dwoma sanitariuszami, którzy też ułomkami nie byli i wbiec na piętro. A wszystko to w czasie tak krótkim, że nikt nie zdążył zareagować. Więc Marek zobaczył swoją dziewczynę, w drzwiach jej mieszkania, w koszuli nocnej, w plamie czerwieni i złota. Chłopak zatrzymał się i tak stał, nie drgnąwszy, po prostu chłonąc obraz Sylwii, szczupłej, bladej i martwej.
Jego piękna Sylwia. Jego piękna Sylwia, zabita przez jakiegoś psychopatę, z wyrwanym sercem i z makowym wiankiem na rdzawej główce. Zanim zemdlał, Marek zdołał jeszcze zauważyć, że na pełnych ustach jego ukochanej widnieje delikatny uśmiech, jakim zawsze witała go w drzwiach.
Scena na klatce schodowej dość skutecznie oddaliła od Marka jakiekolwiek podejrzenia, choć pani inspektor uczepiła się ich kłótni jak rzep psiego ogona i z uporem maniaka wracała do tego wątku.
Marek zaczął wierzyć w kobiecy instynkt.

Opatrunek z oka zdjął w dniu, w którym sprawa zabójstwa Sylwii została zamknięta. Morderstwo doskonałe, żadnych śladów, żadnych świadków, nic. Tylko piękny trup pięknej wiedźmy na klatce schodowej.
Marek, oczywiście, popadł w dość głębokie odrętwienie i przez czas jakiś nie chciał nikogo widzieć, snuł się blady po domu i doprowadzał swoją matkę do szału. Kobieta jednak starała się być wyrozumiała, zdawała sobie sprawę, jak bardzo jej syn uwielbiał Sylwię. Nie rozumiała czemu, ale rozumiała, że ją kochał.
W oczach matki Marka Sylwia była kolejną chuderlawą pannicą pozbawioną charakteru i kręgosłupa moralnego, przelotnym romansem syna. Nie do pomyślenia było, żeby jej własne dziecko spotykało się z sierotą, nieślubną córką znanej w całym mieście wariatki i jakiegoś anonimowego nieszczęśnika. Sylwia nie była odpowiednią dziewczyną dla Marka, wymuskanego, chowanego pod kloszem, obiektu kilku dość poważnych planów swoich rodziców. Dziewucha mieszkała w biednej dzielnicy, zadawała się z szemranym towarzystwem, pewnie jeszcze była narkomanką, pokątną dziwką i trucicielką. Co z tego, że Sylwia dobrze sobie radziła sama na świecie, miała bardzo dobre wyniki na studiach, wrogów nie posiadała, od trzech lat pracowała w jednym miejscu? Pewnie dawała wykładowcom za zaliczenia, wrogów skrzętnie ukrywała, a pracę dostała po znajomości i zaraz ją straci.
Szczerze powiedziawszy, matka Marka wieść o śmierci Sylwii przyjęła z niejaką ulgą. Wiedziała, że syn mocno to przeżyje, ale niedługo mu przejdzie i będzie mogła zabrać się za wprowadzanie swoich planów w życie. Miała przeczucie, że wkrótce będzie miała śliczną synową, z dobrej rodziny, taką, którą ona sama wybrała, i zanim się obejrzy, w domu będzie słychać śmiech wnuków a Marek po skończeniu studiów przejmie obowiązki ojca na stanowisku szefa ich firmy.
Marek wiedział z doświadczenia, że przeczucia jego matki mają tendencję do spełniania się na opak.

Trzy dni po zamknięciu sprawy pogoda się załamała. Niebo, czyste od ponad miesiąca, zaciągnęło się szarymi chmurami, słońce, dotąd lejące na ziemię żar nie do zniesienia nagle straciło siłę, żeby podnieść temperaturę powyżej piętnastu stopni. Świat zalał się deszczem i szarością.
Marek szedł w tym deszczu, otępiały i oderwany od rzeczywistości. Matka coraz mocniej nalegała, żeby poszedł z nią do jakiejś znajomej, „poznasz jej córkę, prawdziwa ślicznotka, wiolonczelistka”. On chciał pianistki. Sylwia pięknie grała, pamiętał, jak uciekali czasem z wykładów do sali koncertowej. On opierał się plecami o nogę instrumentu, a ona zaczynała grać. Smukłe, delikatne dłonie tańczyły na klawiszach. Potrafiła oddać wszystkie emocje kilkoma nutami. Kiedy była wściekła, grała mocno, głośno i szybko, koncerty, dopóki nie musieli uciekać tylnymi drzwiami przed rozwścieczoną na pokaz sprzątaczką. Spod jej palców wypływały ciepłe, lekkie tony, kiedy była spokojna. Czasem, czasem, kiedy jej szare oczy były podkreślone sinymi cieniami nieprzespanej nocy a skóra traciła różowość na rzecz zmęczonej szarości, siedziała tylko przygarbiona przed fortepianem, z białymi dłońmi ułożonymi jak martwe motyle na kolanach i tylko co jakiś czas jedną kładła na klawiaturze, żeby wydobyć z instrumentu krótkie urywki jakiejś melodii, wrzynającej się w pamięć, szarpiącej nerwowymi dźwiękami serce.
Marek szedł tak, wspominając Sylwię, nie zwracając uwagi na deszcz, lejący się strugami, płynący strumieniami po ulicach. Uciekł z domu właśnie dlatego, że miał pewność, że matka nie będzie go w taką pogodę goniła.
Nagle szum deszczu, uderzającego o jego głowę ucichł, zastąpiony delikatnym szemraniem na materiale i delikatnym głosem.
- Marek?
Chłopak ocknął się z zamyślenia i spojrzał na dziewczynę, osłaniającą go jej własną parasolką. Zamrugał, usiłując pozbyć się wody, zamazującej mu obraz z oczu. Przed nim stała niziutka dziewczyna, z chmurą blond loczków wokół pucołowatej twarzyczki. Nawet gdyby Markowi jakimś cudem udało się zapomnieć tą ślicznotkę słodką jak aniołek Rafaela, to z francuska wymawiane „r” natychmiast otwierało odpowiednią klapkę w pamięci.
- Madeleine?
Mała, słodka Madeleine. Naiwna Francuzeczka, która nawet rozstanie po ich burzliwym i namiętnym romansie wzięła za dobrą monetę i natychmiast przystąpiła do zacieśniania więzi czysto platonicznych.
- Co ty tu robisz? Nie powinnaś być teraz na swoim ślubie? – Marek sam nie potrafił stwierdzić, czy cieszy się na widok dawnej kochanki, czy nie. – W Avonie?
- Och, wiesz, jak jest. – Kobietka machnęła lekceważąco dłonią. – Jean-Luc upierał się, żebyśmy zaprosili całą jego rodzinę. Zdajesz sobie sprawę, że jego rodzice mają łącznie trzynaścioro rodzeństwa? Duża ilość dzieci jest chyba u nich rodzinna. Musielibyśmy wykupić cały hotel, żeby pomieścić całą tą racaille. Więc, jako że brak zgody tylko niszczy związki, rozstaliśmy się. – Tu znowu machnęła wyraźnie niezaobrączkowaną dłonią. – Zostałam wydziedziczona i wróciłam do Polski. Chciałam zobaczyć się z tą twoją śliczną Sylvie.
Cisza, mimo nieustannego szumu deszczu, była ogłuszająca. Dziewczyna wpatrywała się zaskoczona w piwne oczy, przez które przemknęły w zastraszającym tempie emocje – zaskoczenie, strach, wściekłość, a w końcu, aby tam zostać na stałe, rozpacz.
- Marc?
Zawsze irytowała go ta jej maniera używania francuskich odpowiedników imion. Zawsze powstrzymywał się, żeby nie wykrzyczeć jej tego prosto w twarz. Zwłaszcza teraz, kiedy na ślicznej buzi malował się głęboki niepokój.
- Nie tutaj - wychrypiał przez nagle ściśnięte gardło.

Kawiarnia była mała i przytulna, jedno z tych miejsc w środku miasta, znajdowanych od czasu do czasu przez kompletny przypadek, jakby pojawiała się na drodze kiedy jest potrzebna. Zdarzało się, że czasem Marek nie był w stanie do niej trafić, żeby następnego dnia znalazła się na jego drodze gdziekolwiek by nie poszedł. Wzorzyste tapety na ścianach, drewniany bar, ogromne okna wychodzące na ulicę i duże lampy w czerwonych, pomarańczowych i żółtych kloszach nadawały knajpce przytulny charakter. W takim miejscu Marek chciał się kiedyś oświadczyć Sylwii, bez pompy, bez tłumu rodziny i znajomych, bez blichtru i padania na kolano. Tak po prostu.
Siedzieli naprzeciwko siebie, oddzieleni szklanym blatem stolika jak jakąś barierą nie do przebycia. Widzieli się, słyszeli, ale oboje mieli świadomość, że coś ich dzieli i żadne nie zdobędzie się na kompletną szczerość.
Madeleine nie miała zamiaru mówić Markowi, że zaręczyny zerwała z powodu nie do końca umarłego uczucia do chłopaka, zwłaszcza teraz, kiedy słuchała beznamiętnych słów o śmierci słodkiej Sylvie.
Dziewczęta poznały się na pierwszym roku studiów, kiedy okazało się, że Sylwia i owszem, po francusku mówi biegle, jako jedna z niewielu osób w grupie, do której trafiła Madeleine. Zaprzyjaźniły się bardzo szybko, a o sile tej przyjaźni świadczyć może fakt, że Francuzka z cichym przyzwoleniem usunęła się z życia Marka, widząc jak Sylwii zależy na chłopaku, a jemu na dziewczynie.
Więc siedzieli tak, w kompletnej ciszy, tak martwej jak słodka Sylvie, i oboje nie wiedzieli, gdzie patrzeć. Madeleine zastanawiała się, czy i jak pocieszać Marka, Marek jak powstrzymać nieuchronnie zbliżający się potok łez, pocieszeń i rozpaczy. Żadne nie nadeszło. Kelnerka przyniosła im kawę, oboje podziękowali automatycznie, zaprzątnięci swoimi myślami.
- Jak… - Madeleine w końcu pokonała ucisk w gardle. – Jak to się stało?
Marek wzruszył ramionami, pozornie obojętny. Dziewczyna wiedziała, że nie jest obojętny. A przynajmniej taką miała nadzieję, bo jeśli Marc nie przejął się śmiercią Sylwii, to świat się kończy i pozostało im wypatrywać jeźdźców i surm anielskich.
- Jakiś psychopata. Nie wiedzą kto ani, do końca, jak. – Jego słowa brzmiały pusto, jakby znał ich znaczenie, ale nie przywiązywał do nich wagi, jakby nie miały znaczenia. – Znaleźli ją siedzącą w drzwiach jej mieszkania, z rozbitą głową i wyrwanym sercem.
Madeleine pozieleniała na twarzy. Po chwili zbladła, jej drobne dłonie zadygotały jak liście, poruszone wiatrem.
- Widziałem ją. – Marek pochylił głowę, niepokorne kosmyki brązowych włosów wpadły mu do oczu, zamrugał gwałtownie, odpowiadając na niezbadane pytanie. – Była w koszuli nocnej, ponoć dopadł ją w nocy. Na głowie miała wianek z maków.
- Maków? – Madeleine postanowiła się uczepić, wydawałoby się, najmniej związanego ze sprawą szczegółu.
- Czerwonych, polnych. Myśleli, że po tym go znajdą, że może w jakiejś kwiaciarni zamówił, ale okazało się, że rwane gdzieś na łące albo innym ugorze.
- Wianek, z czerwonych polnych maków… - Madeleine odchyliła się, położyła praktycznie na oparciu krzesła. Głowę odgięła odrobinę do tyłu i przekrzywiła na bok, w geście boleśnie dla Marka znajomym (tak po kociemu reagowała Sylwia, kiedy widziała coś, co uważała za bez znaczenia, ale zainteresowanie należało wyrazić) i pogładziła się palcem po brodzie, markując zamyślenie. Na twarz aniołka wypełzł obmierzły wyraz sztucznego zamyślenia, flankowany przez pełen złośliwej uciechy, krzywy uśmieszek. Twarz Madeleine nie nadawała się do wyrażania takich emocji, wyglądała teraz groteskowo i śmiesznie, ale Marek widział w tym tylko powody do przerażenia. Poczuł się nagle, jakby przez delikatną, naiwnie otwartą twarz Francuzki patrzyła na niego Sylwia. Piękna, martwa Sylwia, pełna ironii, jakby chcąca zapytać „myślałeś, że to się tak skończy?”. – Wiesz, co oznaczają czerwone maki? – Dziewczyna nagle pochyliła się do przodu, oparła łokciami o blat stoliczka; zaklekotały dźwięcznie filiżanki z delikatnej porcelany. – Maki oznaczają sen, a te czerwone, polne, mówią „kochajmy póki czas”.
Marek wiedział, co znaczą maki, a zwłaszcza te czerwone, polne. Mógłby obudzony w środku nocy wyrecytować większość zasad mowy kwiatów. Sylwia miała na tym punkcie hopla.
Wpatrywał się osłupiały w tą drobną, pucołowatą kobietkę, która nagle przemieniła się w potwora, w upiora dziewczyny martwej od ponad dwóch tygodni. Spojrzał prosto w oczy, kpiące, szare i lodowate. Madeleine miała jasnozielone oczy, które uważała za swój główny atut, ciepłe i nieukrywające niczego. Szarość jej tęczówek wyrwała Marka ze stuporu, chłopak zerwał się na równe nogi, filiżanki znów zadźwięczały szkliście, krzesło upadło z trzaskiem na podłogę. Madeleine wpatrywała się w chłopaka zaskoczona, jej mina wyrażała bezbrzeżne zdumienie.
- Coś się stało? Marc?
Marek wpatrywał się w nią, z przerażeniem wymalowanym na pobladłej twarzy, pochylony, przygotowany do natychmiastowej ucieczki.
Twarz Madeleine na powrót stała się twarzą Madeleine, pucołowatą buzią aniołka o zielonych oczach, otoczoną aureolą blond loków. Sylwia, piękna i niebezpieczna Sylwia znikła, jakby nigdy jej nie było, a już na pewno nie w tej ślicznej dziewuszce, coraz bardziej zaniepokojonej.
- Przepraszam, - wymruczał w przestrzeń. – Przepraszam, - powtórzył głośniej, jakby do Madeleine, do wszystkich w kawiarni i do kogoś jeszcze. – Stres, wydawało mi się… - urwał, zrobił gest dłonią na wysokości głowy, jakby usiłując przepędzić jakieś uporczywe myśli.
Dziewczyna kiwnęła głową, rozumiejąc, albo myśląc, że rozumie.
Marek, nadal mocno spłoszony, postawił krzesło i usiadł na nim. W jego ruchach czaiła się przesadna ostrożność, jak u zwierzęcia, które zwietrzyło drapieżnika, ale jeszcze nie wie, z której strony czai się niebezpieczeństwo. Usiadł, wziął głęboki oddech i uśmiechnął się blado do Madeleine, obraz udręki i osamotnienia.
Rozmawiali długo, ciche głosy mieszały się z szumem deszczu, ich oddechy coraz bliżej siebie, słowa zaplątane w aromat dawno ostygłej kawy, palce splecione coraz mocniej, we wspomnieniu dawnej bliskości.


2 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

louinette louinette poniedziałek, 15.lutego.2010, 21:05
83.27.204.25

Wiem, nie mam racji, ale myślę że to ta francuzeczka ją dobiła.
boski rozdział, czekam na resztę!!
pozdrawiam.

blood-moon blood-moon wtorek, 16.lutego.2010, 16:52
78.8.101.208

ciekawe...bardzo nietypowe i intrygujace.




O końcach i początkach, w tej kolejności, i tym, co pomiędzy. O śmierci i tym co po. O życiu. Trochę też może o miłości, zdradzie i karze.
Z różnych perspektyw, bo wszystko zależy od tego, z czyjej na świat patrzeć.

archiwum


Prolog
1. Początek końca
2. Deszcz
Epilog Madeleine
3. Sukienka
4. Owca i szczur

znajomi

czytam

czekam
Lorem Ipsum

szablon

Shablon.mylog.pl
NFS, DM