I'm the hole in your heart - I'm the stain in your bed - The phantom in your fingers

Nowe rozdziały w poniedziałki. Jeśli jest już wtorek, a nic nowego nie ma, należy krzyczeć, bić i kopać. Bo powinnam dodać w poniedziałek.

Powrót

2. Deszcz

poniedziałek, 22.lutego.2010, 19:53
Marek siedział w kawiarni jeszcze długo po tym, jak Madeleine pożegnała się i pobiegła do hotelu. Dopił zimną kawę, zbył zalotny uśmiech kelnerki cierpką miną i włączył komórkę. Czekając na fabryczne powitanie i swoją tapetę podrapał się po szyi. Ubrania już na nim wyschły, ale dyskomfort mokrego materiału pozostał, nieznośnie wpijając się pod skórę.
Pięć nieodebranych połączeń, od matki, bo i od kogo, ostatecznie nikt nie chciał mu teraz wchodzić w drogę, był, biedaczek, w żałobie po przedwcześnie zmarłej żonie z poprzedniego wcielenia, nikt ze znajomych nie chciał z własnej woli oglądać jego rozpaczy. Więc Marek mógł spokojnie wyłączyć komórkę, zrobić buzię w ciup i sprawiać wrażenie zrozpaczonego, żeby świat się od niego odczepił. Kiedyś takie dni spędzał w ramionach Sylwii, siedząc na jej zdezelowanej i wręcz rozpustnie wygodnej kanapie, sącząc piwo albo wodę, przysłuchując się jej cichym słowom pozbawionym znaczenia, inkantacjom i zaklęciom, których nie rozumiał, ale domyślał się przeznaczenia. Czasem milczeli, leżąc na podłodze, na wznak, stopy opierając każde o przeciwległą ścianę. Salon w mieszkaniu Sylwii był tak mały, że zazwyczaj, wpatrując się w sufit opierali czubki swoich głów o ramię tego drugiego. Marek uwielbiał wpatrywać się w drżenie palców dziewczyny, urywany rytm, jakby grała na fortepianie, jakby komponowała w myślach nowe melodie. Zastanowił się przelotnie, czy na jej smukłych dłoniach wciąż trzymają się owalne, wypielęgnowane paznokcie.
Po chwili brzęknął dzwoneczek nad drzwiami do kawiarni i Marka objął wilgotny chłód deszczu.

Świat z przepalonych żółci, ochry i sjeny przeszedł gwałtownie w błękity, zielonkawe turkusy i kobalty, jakby deszcz zmył cały kurz i ciepło z domów, drzew, ulic i ludzi.
Marek szedł powoli, napawając się chłodem, kojącym rozgrzaną skórę. Już jakiś czas temu przestał się przejmować nieprzyjemnym drapaniem mokrej bluzy, zatopiony w chłodnym świecie swoich wspomnień. Sylwia zawsze potrafiła wnieść w świat chłód, mimo burzy rdzawo brązowych włosów jej szare oczy, chłodne jak lód na rzece przed pierwszymi roztopami bardziej zapadały w pamięć. Dziewczyna, w białej koszuli nocnej, oparta biodrem o szeroki parapet, pod wysokim sufitem mieszkania w starej kamienicy, odchyliła kiedyś głowę do tyłu i w bok, podkreślając delikatny łuk szyi, zalana bladym światłem deszczowego poranka, prześwietlona jak cienki papier i tak została w pamięci Marka, jedno z wielu wcieleń Sylwii, pięknej, martwej Sylwii.
Od jej śmierci Marek widywał ją wszędzie, słyszał jej melodie na ulicy, widział jej kolory na wystawach sklepów (błękity właśnie, złamane ciemnym burgundem), słyszał jej ciepły głos w ciszy bezsennych poranków. Widział ją, ale wiedział, że jej nie ma. A teraz nagle, bez żadnego ostrzeżenia, Sylwia pojawia się w twarzy Madeleine, piękna i śmiertelnie niebezpieczna. A później Madeleine zajmuje z powrotem miejsce Sylwii i znikają szare oczy, śmiech cichnie w kącikach nagle zbyt szerokich ust, i nie ma już Sylwii. Nigdzie.
Marek przystanął na moment, zalany deszczem i własnymi łzami, starając się przypomnieć sobie kontur twarzy Sylwii i nie zawyć dziko, kiedy obraz jego ukochanej rozpadł się, jak lustro, po którego odłamku nadal ma sinawo blady ślad na policzku.

Madeleine oparła się plecami o drzwi i wpatrzyła w ciemny, bezosobowy pokój. Serce waliło jej jak młot, obijając się boleśnie o żebra, powietrze zdawało się nie docierać do płuc, w głowie wirowało. Biedna, biedna Madeleine, gdzież jej było do pięknej, drapieżnej Sylwii, dziko pełnej gracji i pobłażliwie rozbawionej światem. Madeleine wpatrywała się w rzeczywistość z nawiną ciekawością dziecka, wierząc, że co złego, przytrafia się innym. Madeleine swojego zdania nie miała, a jeśli je posiadała, to nie afiszowała się z tym, siedząc cicho z boku. A Sylwia walczyła zaciekle o swoje, bo tak ją życie nauczyło, że nikt za nią niczego nie zrobi. Madeleine czasem łapała przyjaciółkę na tym, że przypatruje jej się zza obłędnie gęstych rzęs z ironicznym rozbawieniem, jakby bawiła ją ta mała rozpieszczona Francuzeczka, wpatrująca się ogromnymi zielonymi oczami we wszystko, jakby było ósmym cudem świata. A już zwłaszcza zdawało się Sylwię bawić uwielbienie, jakim Madeleine otaczała właśnie ją.
Może i była naiwną blondynką, ale Madeleine była inteligentna. I widziała, że oboje z Markiem traktują ją trochę jak młodszą siostrę, a trochę jak maskotkę. Uroczą i kochaną, ale na dłuższą metę zwyczajnie uciążliwą.
Jak biedna mała Madeleine miała utrzymać przy sobie Marka, urodzonego zdobywcę, kiedy pojawiła się na horyzoncie, szczupła i mądra, patrząca na świat szarymi oczami doświadczonej kobiety, z idealną figurą i przytłumioną latami bycia córką tej wariatki dzikością tygrysa zamkniętego w klatce? Sylwia była spokojna, wyważona i racjonalna, ale wszyscy ich znajomi czuli, że mimo przezornie spiłowanych pazurów i wybitych kłów nadal może nagle zaatakować i zadać wiele ran. Madeleine? Niziutka, pucołowata Madeleine, o urodzie koleżanki z piaskownicy, skłonnościach do krągłości gdzie nie potrzeba i sile przebicia ścierki do naczyń? Ta Madeleine miałaby iść w szranki z lodowato uprzejmą i niezainteresowaną Sylwią? Śmiech na sali i owacje na stojąco, ale Madeleine nie miała ochoty na komedię. Ona chciała romansu obyczajowego, jeśli nie u boku Marka, to kogoś innego, ale…
I ta właśnie głupia nadzieja, że może jednak, że przecież Marek nie był facetem dla Sylwii, że on nie miał siły przebicia, żeby nie dać się jej stłamsić, że ona jest zbyt dziwna dla niego, rozpieszczonego i przyzwyczajonego do dostawanie wszystkiego na tacy. Że przecież Marek Sylwii nigdy tak naprawdę nie zrozumie…
I przez tę głupią nadzieję biedna, mała Madeleine stała teraz, wpatrując się upiornie suchymi oczami w pusty, bezosobowy pokój zasłonięty półmrokiem przedwczesnego zmierzchu, przeklinając łzy za przyjaciółką, które nie chciały przyjść, przeklinając radość, każącą natychmiast gonić Marka i wyznać mu miłość, i zasypać go pocałunkami lekkimi jak motyle, bo przecież Sylwia niedawno, nie wypada, ale chociaż tyle, później będzie więcej, dłużej, mocniej, znowu.
Parasolka, zapomniana, wypadła z nagle sztywnych palców, w kałużę wody na linoleum, drzwi trzasnęły za dziewczyną i Madeleine poszła w deszcz, szukać swojego byłego chłopaka, wciąż aktualnego kochania i przyszłego szczęścia.
Nie zwróciła uwagi na coraz bardziej rozległe odrętwienie ani na mrowienie na karku. Nie zauważyła też, kiedy decyzje przestała podejmować ona, a zaczął ktoś inny, zbyt przyzwyczajona do przekazywania inicjatywy reszcie świata.

Marek nadal stał na środku chodnika, zalany strugami deszczu, wpatrując się niewidzącym wzrokiem przed siebie, kiedy znalazła go Sylwia. Wyszła zza rogu, przemoczona tak, że równie dobrze mogłaby być naga, kołysząc biodrami i uśmiechając się perfidnie. A Marek stał, otwierając i zamykając usta, szczęśliwy, że jednak pamięta jak wyglądała i przerażony równocześnie. Bo wiedział, czuł to gdzieś pod skórą i w lędźwiach, że ma przed sobą oryginał, prawdziwą, piękną, martwą Sylwię, a nie majaki swojego stęsknionego umysłu. To nie było przeczucie, to była pewność, niezachwiana i poparta dowodami. Bo Marek zawsze wiedział, kiedy Sylwia jest obok.
Zawsze.
A teraz stała przed nim, blada, z delikatnością piegów na prostym nosie. I milczała, jakby na coś czekając, nie spiesząc się, z wyrozumiałością wpatrując się w jego twarz.
- T… ty nie żyjesz – wyjąkał w końcu chłopak, pokonując strach zbierający się w gardle ciężkim oparem. Ironiczny uśmieszek spełzł z twarzy Sylwii, zastąpiony grymasem pełnym niesmaku i czegoś jeszcze. Jakby bólu. Dziewczyna zrobiła krok do przodu, zakołysały się pełne biodra, mokry materiał lekkiej sukienki przesunął się na jasnej skórze, układając coraz to nowe wzory, falujące w powietrzu i wodzie jak fatamorgana. Marek zacisnął powieki, modląc się w duchu do nieistniejącego boga, żeby jej nie było, żeby znikła i okazała się tylko zwidem rozgorączkowanego umysłu. Kiedy je otworzył Sylwia była już o krok od niego. Mógł policzyć piegi na jej ramionach – trzysta osiemnaście, ostatnim razem, kiedy siedzieli oboje na szerokim parapecie w jej mieszkaniu, on oparty plecami o ramę okna, ona o niego – i nosie, widział jak sterczący z zimna lewy sutek drgał w rytm uderzeń serca, które już od szesnastu dni było martwe i nieruchome. Widział też miłość w jej szarych oczach, uśmiech, ten tajemniczy, ciepły uśmiech, którym zawsze witała go w drzwiach.
- Na pewno? – zapytała, z uśmiechem na powrót pobłażliwym, tak jak pytała, kiedy jęczał, że jego matka go nienawidzi, wykładowcy się znęcają a Sylwia jest jedyną dla niego. Była dokładnie taka, jaką ją pamiętał – nie do określenia, nie do podrobienia. W Sylwii zawsze tkwił element zaskoczenia, była nieprzewidywalna jak pogoda w marcu, balansując z właściwą sobie gracją na granicy między rozchwianiem emocjonalnym a depresją.
- Na pewno! – Marek zrobił krok do tyłu, unosząc ręce przed siebie w obronnym geście, jakby chciał za przykładem matki złożyć palce w krzyż i krzyknąć „apage!”, ale milczał, dłoni nie zbliżył do siebie, tylko się cofał, wpatrując się w szare oczy jak zahipnotyzowany królik. Zawsze odpowiadał „na pewno”, na każde pytanie, a Sylwia odpowiadała tym swoim cichym śmiechem, kołyszącym jej piersiami i rozciągającym jej usta w czymś, co uśmiechem jeszcze nie było, ale wyrażało jej rozbawienie idealnie, ciche i spokojne, doprawionym, jak wszystko u Sylwii, nutką pobłażliwości.
Dziewczyna szła dalej, Marek się cofał, Sylwia szła do przodu, i tak dopóki chłopak nie wpadł plecami na ścianę w jakiejś ślepej uliczce.
- Przekonaj się. – Marek poczuł smukłą dłoń pianistki łapiącą go za rękę, wciąż uniesioną do góry, dłoń tak ciepłą i delikatną jak zawsze, a po chwili pod jego palcami zatętniła krew, tłoczona przez wciąż, mimo zaginięcia gdzieś, bijące serce. Wyrwane, wyrwane, w jego miejscu miała ogromne krwawe n i c, kiedy tak siedziała na progu, zapatrzona gdzieś w pustkę. Przesunęła jego dłoń na swoją szyję, na miejsce, gdzie puls skakał tuż pod skórą, gdzie zawsze przesuwał wierzchem palców w niewinnej pieszczocie, kiedy leżeli, zaplątani w siebie i pościel, wciąż drżący przebrzmiałymi fajerwerkami. – Naprawdę nie żyję?
Nagle zerwał się wiatr, szarpnął ciężkimi od wody włosami, wygiął dotąd pionowe strugi deszczu i rozwiał chmury. Ulewa skończyła się tak nagle, jak się zaczęła, zostawiając po sobie głębokie kałuże błękitu w podbitym różem granacie letniego zmierzchu i jeszcze głębszą ciszę, nagle pozbawioną monotonnego szumu wody.
Na żeliwnym okuciu pobliskiej latarni ze szklistym brzęknięciem przysiadła ważka, poruszając kilka razy skrzydełkami z automatycznym kliknięciem i nieruchomiejąc, niemy świadek spotkania.
- Widziałem cię. Ty nie żyjesz.
Marek wpatrywał się w Sylwię, nadal nie chcąc przyjąć do wiadomości, że to ona, prawdziwa i cielesna, stoi przed nim, rozkochana w nim do szaleństwa, stęskniona ciepła i rozmowy. Sylwia, jego piękna Sylwia nie żyła. Nie żyła. Nie żyła!

Nie żyła?


1 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

louinette louinette wtorek, 23.lutego.2010, 15:19
83.27.236.197

nareszcie.
jak na razie rozumiem, to sylwia.. weszła w ciało francuzeczki?
wspaniałe. nareszcie!




O końcach i początkach, w tej kolejności, i tym, co pomiędzy. O śmierci i tym co po. O życiu. Trochę też może o miłości, zdradzie i karze.
Z różnych perspektyw, bo wszystko zależy od tego, z czyjej na świat patrzeć.

archiwum


Prolog
1. Początek końca
2. Deszcz
Epilog Madeleine
3. Sukienka
4. Owca i szczur

znajomi

czytam

czekam
Lorem Ipsum

szablon

Shablon.mylog.pl
NFS, DM