Sierpień powoli się kończył, a w mieście zaczynała panować psychoza. Ludzie zaczęli wyglądać kolejnych morderstw, kobiety tłumnie ruszyły na kursy samoobrony, jakby ofiar było osiem w ciągu trzech dni, a nie dwie na ponad dwa tygodnie, do tego niepewnie ze sobą powiązane. Marek z westchnieniem przeniósł spojrzenie z gazety, czytanej przez jego ojca na miskę płatków z rodzynkami, malinami, jakimiś galaretkami i innym słodkim śmieciem, uwielbianych przez jego siostrę. Marta, trzynastoletnie dwulicowe stworzenie wpatrywała się w niego bławatnymi oczami z wyrazem anielskiej niewinności na szczupłej buzi. Znaczy się, coś kombinowała.
Marek nienawidził tych sobotnich wspólnych śniadań. Ojciec chował się za gazetą i na oślep szukał jedną ręką talerza, Marta zwykle naburmuszała się i udawała, że to już „ten trudny wiek” a matka starała się poprawić atmosferę, trajkocząc bez przerwy o koleżankach, która, w czym, z kim, w jakiej pozycji i dlaczego, albo o innych kompletnie pozbawionych znaczenia sprawach i przyprawiała resztę rodziny o uporczywy ból głowy.
- A jak tam we Francji, kochanie? – I wreszcie padło to pytanie, którego Marek nie chciał słuchać, a co dopiero na nie odpowiadać.
- A jak może być na pogrzebie? – warknął spode łba, nawet nie udając, że interesuje go stojący przed nim talerz jajecznicy. Ojciec zareagował natychmiast urażonym szelestem gazety i mamrotem zza papieru.
- Uważaj, jak zwracasz się do matki.
Zapadła ciężka cisza, w której, Marek przysiągłby, słychać było radosny szczebiot Madeleine i śmiech Sylwii.
Nie rozumiał swojej matki. Właśnie stracił dwie kobiety, które były dla niego ważne, ukochaną Sylwię i Madeleine, swoją prawdziwą młodszą siostrę, nie jakąś marną imitację, wiecznie szukającą czegoś, o czym by mogła donieść rodzicom, a jego własna rodzicielka tylko czekała, kiedy by tu zaprowadzić go do kolejnej kandydatki na pustą, bogatą żoneczkę. Zaskoczyło go, że matka nie zareagowała na wieść o śmierci Madeleine, na pewno była w jej oczach lepszą partią niż Sylwia. Kobieta wzruszyła tylko ramionami, stwierdziła, że przecież jej nie znała i poszła na herbatkę u jednej ze swoich przyjaciółek, omawiać plan zeswatania swojego syna z którąś ze słodkich córeczek. Jakby nie dostrzegała, że Madeleine była jej szansą na ożenienie Marka z jakąś dobrze sytuowaną dziewczyną, bo chłopak nie miał zamiaru wiązać się z żadną z jej kandydatek, a już na pewno nie z własnej woli.
Po ulewie, w której zginęła Madeleine znów przyszły upały, zniechęcając do życia wszystkich ludzi pozbawionych luksusu klimatyzacji. Nawet dzieciaki już się tak nie cieszyły, rok szkolny zbliżał się wielkimi krokami i trzeba było zapomnieć o spaniu do południa i siedzeniu całymi dniami przed komputerem.
Marek siedział na zdezelowanej huśtawce, na placu zabaw niedaleko kamienicy, w której mieszkała Sylwia. Poszedł tam z przyzwyczajenia, nogi poniosły go bez konsultacji z mózgiem i chłopak wylądował pod drzwiami z mosiężną siódemką. Nie było już śladu po krwi, choć wydawało się, że powinna się weżreć w kamienną posadzkę i zostawić jakiś znak, że tak, to tutaj zginęła piękna Sylwia.
Nie zostało po niej nic, nawet mieszkanie zajął już ktoś, kto nie wiedział, że to właśnie tutaj znaleźli trupa, a może po prostu było już mu wszystko jedno…
Postał tak, popatrzył, podumał, powstrzymał łzy i poszedł, kiedy stało się jasne, że Sylwia nie otworzy mu drzwi i nie wciągnie do środka, każąc się kochać. Zawsze wyczuwała, kiedy stał pod jej drzwiami, niezdecydowany, dzwonić czy nie dzwonić i rozwiązywała jego problem za niego.
Poszedł na plac zabaw, zignorował parę kilkulatków, zawzięcie tłukących się o wiaderko albo inną łopatkę w piaskownicy i usiadł z przejmującym zgrzytem na huśtawce.
Kiwał się tak, wpatrując się pustym wzrokiem w przestrzeń i znowu nie zauważył, że ktoś do niego podszedł.
Obudził się dopiero, kiedy poczuł czyjąś dłoń na ramieniu i natychmiast odskoczył jak oparzony, omal nie przyprawiając o zawał staruszki we włóczkowym kapelusiku.
- Przepraszam – powiedzieli oboje i nie mogli się nie roześmiać, dając upust opadającej adrenalinie.
- Jesteś... – Kobieta zawahała się przez chwilę. – Byłeś chłopakiem Sylwii, prawda?
Mieszkanie było większe od tego Sylwii. Nie wiedzieć czemu, Marek ubzdurał sobie, że będzie jego idealną kopią, co najwyżej z wystrojem wskazującym na to, że mieszka tu starsza kobieta. Układ pokoi też był kompletnie inny.
Siedział nad filiżanką herbaty z konfiturami i wpatrywał się pomarszczoną twarz, która mimo wszystko zdołała zachować ślady dawno przebrzmiałej urody.
Kobieta zdawała się źle znosić upały, była dziwnie blada i rozproszona. Marek nagle czuł się niepewnie pod spojrzeniem jej błękitnych oczu, jasnych doświadczeniem. Nie wiedział do końca, czemu zgodził się tutaj przyjść.
Sąsiadkę, która Sylwię uwielbiała znał głównie z pełnych rozczulenia opowieści dziewczyny i nie miał na jej temat żadnego zdania. Znajdowała się poza jego zainteresowaniami, stara, biedna i pozbawiona jakichś szczególnie charakterystycznych cech. Zwykła starsza pani, osładzająca sobie życie konfiturami z wiśni, dziergająca swetry, chodząca od czasu do czasu na grób dawno zmarłego męża i radośnie przyjmująca sympatię młodziutkiej, pełnej energii sąsiadki.
Nie zdawał sobie nawet sprawy, że kobieta wie, jak wygląda chłopak jej ulubionej czarodziejki.
Cisza, panująca w mieszkaniu, po raz pierwszy od dłuższego czasu nie przytłaczała swoją pustką a dawała wytchnienie, jakby przytulna, domowa atmosfera przenikała wszystko tykaniem starego zegara i uspokajała skołatane nerwy, dając na chwilę zapomnieć o majakach, martwych dziewczynach chodzących spokojnie po ulicach i narastającej paranoi.
Milczeli, oboje, zamyśleni, nie zdając sobie sprawy z tego, że myślą o tym samym – kim była dla nich Sylwia i co utracili wraz z jej śmiercią. Staruszka straciła jedyną odskocznię od trudnej, często gorzkiej rzeczywistości. A Marek nawet nie chciał artykułować rozmiarów swojej straty. Sama Sylwia była dla niego wartością, a teraz już jej nie było.
- Musi być ci ciężko - przerwała milczenie kobieta, wyrywając Marka z obrazu Sylwii pochylonej nad laptopem, z włosami związanymi niedbale nad karkiem i odsłoniętą linią kręgosłupa, ginącą w obszernej koszulce. Uwielbiał plecy Sylwii, długie, zgrabne linie, płynnie secesyjne łuki żeber i delikatne ruchy mięśni pod jasną skórą. Uwielbiał sposób, w jaki jej plecy wpasowywały się idealnie w jego klatkę piersiową, kiedy dziewczyna kołysała się miękko na jego kolanach. Coraz częściej budził się w nocy i sięgał na drugą stronę łóżka spodziewając się ciepła i miękkości, delikatnego zagłębienia kręgosłupa pomiędzy łopatkami, a znajdując tylko chłód i szorstkość pościeli. Jego piękna Sylwia była martwa. Na pewno.
Wzruszył ramionami, nie znajdując słów ani innych gestów, żeby wyrazić dokładnie, jak bardzo dotkliwy był brak Sylwii. Kobieta zdawała się go rozumieć, sama straciła ukochaną osobę, nie tylko przez śmierć.
- Pozwoliłam sobie zabrać kilka drobiazgów z jej mieszkania.
Marek poderwał głowę. Kilka drobiazgów? Sam był początkowo zbyt zdezorientowany, żeby chociaż pomyśleć o zabraniu jej rzeczy z mieszkania, a kiedy zaczął myśleć racjonalnie okazało się, że wszystko już się gdzieś rozpełzło w nieznanych okolicznościach.
Staruszka wstała i wyszła na chwilę z pokoju, w którym siedzieli przy prostym drewnianym stole nad tanimi filiżankami z supermarketu. Wróciła niosąc duże kartonowe pudło. Wystawał z niego rąbek lekkiej sukienki w kolorze chabrów. Markowi serce podeszło do gardła.
Tę samą sukienkę miała na sobie Sylwia w dniu, kiedy spotkał Madeleine. Ta sama sukienka, chabrowo błękitna i dopasowana w talii, z delikatną czarną koronką u dołu, opinała zgrabne ciało, nie ukrywając niczego, co Sylwia miałaby ewentualnie do ukrycia. A nie miała nawet bielizny, Marek przypomniał sobie z drżeniem.
Kobieta na szczęście nie zauważyła nagłego popłochu chłopaka, a może wzięła go raczej za atak tęsknoty za dziewczyną i taktownie postanowiła przemilczeć. Postawiła karton na stoliku, między filiżankami i przez chwilę stała tak, niezdecydowana, siadać czy zostawić chłopaka samego. W tym krótkim momencie Marek zdołał dojść do siebie, uprzytomnić sobie, że to był tylko majak, ze jego piękna Sylwia nie żyje i żyć nie może, że wtedy w deszczu być jej nie mogło, a jemu już się tęsknota na mózg rzuca. Kiwnął głową na staruszkę z uśmiechem, mającym wzbudzać zaufanie, podszytym rozczulającym zmęczeniem. Kobiecie aż zrobiło się ciepło na sercu, że ktoś może w tych czasach tak tęsknić za ukochaną i tym uczuciem z wprawą zabiła gorycz, jaka czaiła się w świadomości, że Sylwia, piękna, pełna energii Sylwia nie żyje.
Zamilkli znowu, zatopieni we wspomnieniach, Marek delikatnie gładząc wystający kartonu skrawek błękitu, jego towarzyszka wodząc palcem po obramowaniu maleńkiej kamei, wiszącej na cienkim łańcuszku na jej szyi.
W kartonie znalazło się tak naprawdę wszystko i nic. Sukienka, kilka par majtek i biustonoszy, biżuteria zgarnięta naprędce z rozgardiaszu, zostawionego późnym wieczorem na toaletce, zeszyty z notatkami z wykładów, laptop i zdjęcia. Trzy albumy i pudełko po butach, wszystkie wypełnione zdjęciami. Paczka papierosów z naderwaną banderolą.
Sylwia miała obsesję na punkcie zdjęć, odkąd Marek nauczył ją podstaw fotografii. W zeszytach walały się luzem zdjęcia sprzed ponad stu lat, wygrzebane w antykwariatach; książki Sylwia zakładała polaroidami robionymi naprędce, byle oddać nastrój chwili. Zazwyczaj z Markiem uprawiali fotograficzny impresjonizm, co skutkowało setkami dziwnych, niewyraźnych, często nieudanych, prześwietlonych albo ruszonych ujęć, zawalającymi dyski ich komputerów. I mimo, że średnio na dwieście zdjęć dziesięć było udanych, nie kasowali niczego, przeglądając je później i śmiejąc się z potknięć w sztuce. Sylwia twierdziła, że kiedyś te zdjęcia będą warte fortunę a ich znaczenie będą odgadywać najwięksi krytycy sztuki.
W jej robieniu zdjęć była jakaś dziwna desperacja, jakby chciała uchwycić jak najwięcej chwil, jakby bała się, że bez zdjęć to wszystko któregoś dnia zniknie bez śladu, wszystkie wspomnienia, myśli i obrazy. A stało się kompletnie na odwrót i to piękna Sylwia znikła, jakby nigdy jej nie było, a zostały po niej tylko te kawałki kliszy, polaroidy i cyfrowe skrawki informacji. Zdjęcia ciem, sylwetek ludzi z uciętymi kadrem głowami, krzywe ujęcia twarzy, roześmianych albo wykrzywionych karykaturalnymi emocjami. A wśród tego perełki, takie jak dłoń, szczupła, wypielęgnowana, z paziem królowej na czubku palca wskazującego i twarz Sylwii w tle, z wyrazem dziecinnego zafascynowania w szarych oczach. Jak zdjęcie ich obojga, siedzących w poprzek wanny, ze stopami opartymi o krawędź, z aparatami w dłoniach, wpatrujących się przez obiektywy w lustro, wiszące naprzeciw. Gdyby Markowi chciałoby się poszukać, pewnie znalazłby też dwa zdjęcia ich stóp, obok siebie, jedno polaroid Sylwii, drugie zwykłe z jego lustrzanki.
Zaskoczył go chaos, dziwna przypadkowość przedmiotów zgromadzonych w pudle. Staruszka nie wyglądała na taką, która w wolnych chwilach uprawia partyzantkę na terenie dochodzenia. Ale, ostatecznie, sądząc z wyglądu, pewnie przeżyła partyzantkę, i to niejedną.
Marek z westchnieniem wyjął laptop dziewczyny, albumy i zdjęcia, a resztę zostawił w kartonie i wstawił go do szafy, obok drugiego, w którym był szczelnie zakręcony słoik, z którego dochodziło ciche pukanie. Marek z wrzaskiem odskoczył od szafy, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w niepozorne pudełko po butach Marty.
Nie.
Niemożliwe. Nie, nie i jeszcze raz nie. Formalina! Nie ma szans, żeby…
Sylwia nie żyła. Koniec tematu. Żadne maski martwych wiedźm na twarzach równie martwych Francuzeczek, żadne trupy przechadzające się w deszczu, żadne pukanie ze słoików!
Sylwia nie żyje.
Do pokoju Marka wpadła Marta, gotowa sprawdzić, czy starszy braciszek nie zrobił sobie krzywdy albo czegoś równie ciekawego. Ku jej rozczarowaniu chłopak siedział na podłodze na wprost otwartej szafy i wpatrywał się wściekle w siostrę.
- Won!
Kiedy drzwi zatrzasnęły się za czegoś przestraszoną dziewczyną Marek bezwiednie sięgnął po paczkę papierosów, która wypadła gdzieś po drodze z kartonu, a może w ogóle nie włożył jej tam z powrotem? Marek zawsze nosił w kieszeni zapalniczkę, starą, zdezelowaną Zippo, na wszelki wypadek. Sylwia czasem paliła, choć była chyba jedyną osobą jaką znał, której udało się nie uzależnić. Traktowała papierosy jak inne kobiety torcik wiśniowy. Od czasu do czasu, jako pofolgowanie swoim słabościom, żeby poprawić sobie nastrój. Ostatnio paliła trzy miesiące przed śmiercią, nieomal co do dnia.
Zaciągnął się dymem, gryzącym nieprzyzwyczajone gardło i zdołał się nie zakrztusić. Opadł na plecy, powietrze uciekło mu z płuc, sufit, lodowato błękitny zmierzchem zawirował mu pod powiekami.
- Sylwia nie żyje – powiedział otwierając oczy, z przekonaniem, zmuszając samego siebie, żeby uwierzyć.